Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

Wydaje się, że gorzej być nie może....

2004/09/17 09:34:45


     Wydaje się, że gorzej być nie może,

bo w sejmie nie lubią weterynarzy, a nasza zszargana reputacja uniemożliwiła umieszczenie w przedwczesnej ustawie o zakładach leczniczych dla zwierząt sprzyjających nam zapisów i wprowadziła do niej takie, które żadną miarą - bo ograniczają rynek pracy - nie powinny się tam znaleźć. Prezes samorządu zawodowego, wbrew oczywistym faktom, ogłosił po raz kolejny sukces zawodu, a Główny Lekarz Weterynarii oraz jego współpracownicy, którzy do niedawna jako czołowi działacze samorządowi uczestniczyli w powstawaniu kodeksu etyki zawodowej, teraz mając go za nic, "zdemaskowali" publicznie złą jakość naszej roboty. Oświadczając, że walczą w imieniu dobra publicznego z "kominowymi" różnicami w naszych zarobkach, z przyzwoleniem samorządu pozostawili bez zmian (co wcale nie jest pewne) dochody tych lekarzy, którym czasem brakuje na opłacenie składki ZUS, a odebrali je pozostałym przybliżając status materialny tych drugich do poziomu pierwszych. Do tego w kompletnie zdezintegrowanym środowisku mamy (cytuję) : "upodlenie" prywatnych praktyk, tych co (cytuję)"liżą d…. władzy", tych co nie dostąpili tego zaszczytu i tych , co nie wiedzieć czemu nie chcą tego robić, biedaków i krezusów oraz wzajemną niechęć między zawodami, która wywołała powstanie organizacji samoobronnych. Są tego skutki. Dziwna, na pierwszy rzut oka wobec zarysowanej sytuacji, powszechna niechęć do angażowania się w sprawy publiczne i publicznego ujawniania własnych poglądów. Niechęć nie wynikająca z nieskrępowanego, indywidualnego wyboru, lecz narzucona obawą przed reakcją instytucji. A przede wszystkim fiasko koniecznej, służącej wszystkim inicjatywy - strajku organizowanego w obronie ekonomicznych interesów (choć nie tylko) środowiska praktykujących lekarzy oraz bezprawne represje zastosowane wobec uczestniczących w nim lekarzy. Przejaw zupełnego zaniku środowiskowych więzi w tzw. zawodzie weterynaryjnym.
    Tak oto doznajemy "szczęścia" bycia jednym zawodem scalonym odgórnie przez wspólny samorząd zawodowy.
    Chociaż więc wydaje się, że gorzej być nie może to miły i życzliwy prywatnym praktykom powiatowy lekarz weterynarii na forum internetowym Medicusa doradza:

tak trzymać, niczego nie zmieniać, bo i tak się nie uda. Takie fatum. Nie wiadomo, jakie są przyczyny naszych kłopotów. Prawdopodobnie tkwią w nas samych i być może poza zawodem, może w biurze legislacyjnym rządu? Siedzimy na sterczącym gwoździu, ale własnym! Marnie, ale jakoś żyjemy. Nie należy więc rozbijać jedności zawodu (tzw. weterynaryjnego). Bo grozi to tym, że do nadzoru nad zlecanymi czynnościami urzędowymi pojawią się surowi kontrolerzy w miejsce życzliwych kolegów ze wspólnego samorządu. Zabraknie pracy ze zleceń powiatowych lekarzy, bo przecież, zgodnie z ustawą, Inspekcja nie musi się nią dzielić. Za sprawą nowego samorządu prywatnych lekarzy ( "oj czarno widzę") upadną terenowe praktyki - (prawdopodobnie) te, które nie spełnią ustawowych wymogów technicznych dotyczących ich prowadzenia, a wymyślonych przez miejskich lekarzy - mądrzących się krytykantów prowadzących jałowe wywody o powszechnie znanych sprawach, na których się nie znają. Ponieważ się nie znają to i niczego na lepsze nie zmienią. A czyniąc zamieszanie dorwą się do "koryta".
I oto im chodzi.

    Miły i sympatyczny kolega Kazimierz Janik wie o co chodzi wszystkim krytykantom. Pewnie zna smak samorządowego jadła pełniąc funkcje w swojej izbie okręgowej. Broni więc swojego samorządowego naczynia dając popis manipulatorskiego kunsztu godnego prawdziwego fachowca. Tu uwaga kierowana do, również obecnego na forum Medicusa, kolegi Andrzeja Wolańczyka, który wydaje się, ulega logice dyskretnego szczucia. Niech Pan przyjrzy się uważnie jak dzielić, aby rządzić. Jak dokonuje się nowych podziałów społeczności lekarskiej, szantażując i mieszając prawdę z kłamstwem oraz z nieuzasadnionymi przypuszczeniami, aby wykorzystać lęki przed przyszłością oraz uprzedzenia jednych lekarzy kierując ich przeciwko innym. Przeciwko tym, którzy zachowując jeszcze nieco niezależności od instytucji mogą jeszcze mówić własnym głosem. Proszę popatrzeć jak wywołuje się wrogość służącą zachowaniu niczym nieograniczonych, niepoddanych żadnej kontroli rządów szkodzących zarówno tym, którzy są narzędziem szczującego jak i szczutym.
    Dlaczego właściwie kolega K. Janik broni swojego miejsca w samorządzie? Dlaczego inni lekarze powiatowi tak chętnie poświęcają swój "cenny" czas na społeczną, bezpłatną, działalność samorządową? Dlaczego pełno ich w izbowych władzach, a prezesem Krajowej Izby jest również powiatowy lekarz weterynarii? Czy nie dlatego, że w ten sposób, z tego miejsca, gdzie mogą kontrolować powstawanie prawa, nie tylko bronią swego największego skarbu, uprawnienia do dzielenia największej "kasy" w weterynarii - dochodów za badanie zwierząt rzeźnych i mięsa, ale też neutralizują jedyną instytucję, która mogłaby sprawdzać sposób podziału? Która mogłaby postawić kiedyś pytanie o zasadność przyznania Inspekcji takiego uprawnienia?
    Kolega K. Janik wie o tym i pewnie dlatego występując w interesie lekarzy powiatowych (tej ich części, która wykorzystując sposobność nadużywa swoich uprawnień, a jej przedstawiciele rządzą samorządem) usiłuje, podejmując próbę skłócenia członków naszego stowarzyszenia, rozbić jedyną organizację mogącą zagrozić trwałości korzystnego dla siebie układu. Jest teraz pewnie zadowolony ze słów potępienia skierowanych pod adresem miejskich krytykantów przez kol. A. Wolańczyka. Skutecznie realizuje swój cel. Trzeba to widzieć. Sprzyja mu, tradycyjnie marne w naszym środowisku, zrozumienie dla znaczenia, a może przede wszystkim dla możliwości prawa. I co za tym idzie marna jego znajomość.
    Nie znamy prawa weterynaryjnego, ani mechanizmów jego powstawania. Różnie interpretujemy pojęcia. Mówimy różnymi językami, a w tych warunkach porozumiewamy się z wielkim trudem. To, co bywa nazywane krytykanctwem jest właśnie próbą odnalezienia wspólnego wszystkim języka wśród sloganów i bredni. Bo musimy się porozumiewać. Choćby w sprawie określenia przyszłości zawodu. Jednak, aby w sposób sensowny mówić o czymkolwiek, co dotyczy zawodu, znajomość prawa oraz podobne rozumienie pojęć to za mało. Trzeba jeszcze dysponować rzetelnymi danymi dotyczącymi aktualnego stanu lecznictwa weterynaryjnego. Trzeba wiedzieć, o czym się mówi.
    Tymczasem dane takie nie istnieją. Najważniejsi przedstawiciele obecnego samorządu, gdy wypowiadają się na temat stanu praktyk weterynaryjnych uzasadniają swoje przekonania podpierając je wyłącznie osobistymi doświadczeniami oraz statystykami z zagranicy. Za fakty służą ich wyobrażenia! A przecież są ustawowo zobowiązani do (cytuję) "organizowania badań dotyczących weterynaryjnej ochrony zdrowia publicznego i wykonywania zawodu lekarza weterynarii". Od 13 lat nie robią tego, co oznacza, że lecznictwo weterynaryjne to nie jest problem samorządu tzw. zawodu weterynaryjnego. Jeśli chcemy więc poznać przyczyny swoich kłopotów, uniknąć jałowego ględzenia i wyciągnąć właściwe wnioski na przyszłość postarajmy się na początek, uczestnicząc w przyszłorocznych wyborach samorządowych, umieścić lojalnych wobec prywatnych praktyk lekarskich, własnych przedstawicieli w miejscach, które stwarzają możliwości prawne, organizacyjne i finansowe do gromadzenia i opracowywania informacji o lecznictwie oraz zapewniają szanse wywierania realnego wpływu na jego kształtowanie - w izbach samorządowych. Każdy lekarz związany z lecznictwem weterynaryjnym, który chce pozostawić sobie prawo do ulubionego obecnie przez wszystkich sarkania na głupotę przepisów i bezkarność oraz pazerność urzędów, powinien czuć wewnętrzne zobowiązanie do uczestniczenia w wyborach, aby wreszcie sprawić, że zdominuje je rzeczywista większość. I sprawić, aby większość ta wybrała przedstawicielstwo, w którym w odpowiednich proporcjach znajdą się lekarze terenowi i miejscy, zajmujący się "czystym" lecznictwem i zdani na konieczność wykonywania czynności dotąd uznawane za urzędowe, zamożni i nie. Ale lekarze praktycy zajęci codziennie działalnością stanowiącą istotę zawodu.
    Mówienie o potrzebie jedności w tzw. zawodzie weterynaryjnym, albo o korzyściach wynikających z tej jedności, jest bezpodstawne. To fikcja potwierdzana i obnażana przez codzienne doświadczenia każdego z nas. Potwierdzana również w internetowych wypowiedziach kolegi K. Janika, które zaświadczają, że tą tzw. jedność można utrzymać wyłącznie na drodze szantażu i manipulacji.
    Poczucie pewnej jedności branżowej, co naturalne, będzie wśród nas stale obecne. Tak jak dzieje się to w środowisku prawniczym, w którym wszystkie zawody wolne posiadają odrębne samorządy. Wszyscy tam czują się prawnikami, tak jak my w swoim zawodzie nie przestaniemy czuć się lekarzami weterynarii. Ale siłowe, upokarzające poprzez szantaż, podtrzymywanie niby związku różnych zawodów weterynaryjnych jest chorobą, z której możemy i musimy wyleczyć się sami. W jaki sposób? Wymuszając, aby rejonowe (najważniejsze) wybory do izb okręgowych odbywały się w terminach dogodnych dla większości i były w pełni wolne oraz równe.
    Wierzę, że istniejącym stowarzyszeniom lekarzy wolnej praktyki uda się tak zorganizować, aby najpierw doprowadzić do skorygowania postanowień regulaminów wyborczych o mechanizmy gwarantujące ich rzetelność ( tak, aby przewodniczący zebrań wyborczych, komisje skrutacyjne, kandydaci na delegatów oraz delegaci na zjazdy okręgowe byli wybierani obligatoryjnie w sposób niejawny), a potem skutecznie nadzorować ich przestrzegania. Wierzę, że uznają to zadanie za najważniejsze dla swojej działalności.

    Co po wyborach?

    Nadrzędnym celem odnowionego samorządu musi być powstrzymanie postępującej, wielowymiarowej degradacji praktyk lekarskich związanej z niekontrolowanym dopływem do lecznictwa nowych lekarzy oraz nieuczciwą konkurencją wywoływaną i podtrzymywaną, jakby z urzędu, przez narzucony istnieniem samorządu tzw. zawodu weterynaryjnego, stan tzw. jedności zawodu. Nowy samorząd będzie więc zobowiązany do spowodowania wprowadzenia do ustawy o zawodzie lekarza weterynarii zapisu zezwalającego, na wzór przepisów istniejących w innych zawodach zaufania publicznego, na opracowanie korporacyjnych wymogów w sprawie zasad uzyskiwania prawa wykonywania zawodu. I nie jest ważne, czy przybiorą one kształt staży rozumianych jako rodzaj prawniczych aplikacji, czy też staną się egzaminami organizowanymi przez izby okręgowe dla kandydatów do zawodu.
    Nie będzie to zadanie łatwe do realizacji, bo wiąże się lub będzie się wiązać z istnieniem sporego ładunku niechęci do weterynarzy - lekarzy zwierząt wśród polityków, mediów i kierowniczych kręgów Inspekcji Weterynaryjnej.
    W moim przekonaniu dla jego realizacji będą potrzebne wielotorowe działania. Począwszy od odtworzenia silnego merytorycznie biura prawno-administracyjnego Krajowej Izby, przez organizację wiarygodnych i sprawdzalnych badań stanu zawodu oraz jego monitorowania, do kampanii informacyjnej promującej długofalową działalność służącą zbudowaniu nowego, czy też raczej odtworzenia wizerunku lekarza zwierząt jako człowieka życzliwego otoczeniu, otwartego i kompetentnego przyjaciela zwierząt i środowiska. Sądzę też, że działalność tę trzeba będzie oprzeć na przekonaniu, iż gwarancją nienaruszalności weterynaryjnej ochrony zdrowia publicznego w Polsce może być wyłącznie obecność mądrego i etycznego lekarza zwierząt w każdej gminie wspieranego, gdzie to konieczne, przez państwo oraz samorządy terytorialne.

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.