Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

Odpowiedź dr Strawie... - W. Szczerbiak

2004/12/11 18:45:53




      Doktor Krzysztof Strawa w artykule opublikowanym przez listopadowe "Życie Weterynaryjne" wystąpił z apelem o zakończenie antagonizmów w naszej społeczności zawodowej. Jego zdaniem - zawirowania w życiu zawodowym doprowadziły do zantagonizowania społeczności weterynaryjnej. Dość swarów! Lekarze, gódźcie się! Zgoda! Zgoda! Zgoda! Ja widzę to nieco inaczej. Wszelkie antagonizmy powstają nie tylko w momencie różnic interesów, ale także wtedy, gdy trafią na podatny grunt. Mam zresztą wrażenie, że najistotniejszy jest ten grunt. Ludzie mają taką ciekawą cechę, że potrafią kłócić się i bez powodu. Wystarczy dać hasło! Różnica zdań wystąpi w trakcie każdej dyskusji. Wyłącznie kwestią kultury osobistej jest wzajemne uszanowanie zdania adwersarzy. Zadanie to niestety niejednokrotnie zdaje się być ponad siły spierających się stron. Co to jest konsensus? Myślę, że jest to ujednolicony w wyniku negocjacji pogląd na zagadnienie. Sytuacja taka jest możliwa, gdy strony są zdolne wypracować rozwiązania satysfakcjonujące wszystkich uczestników sporu. Konieczna jest rozmowa. Trudna to sprawa przedstawiać racje z dołu do góry. Wbrew siłom grawitacji, niezgodnie z naturą rzeczy. Stary Newton gotów w grobie się przewracać! Prawdziwa rozmowa zaczyna niestety mieć miejsce dopiero wtedy, gdy odwróci się siły ciążenia. Tak już jest świat urządzony, że kamień łatwiej spada, niż leci do góry. Gdy spada - prawo natury, jak leci do góry - O! ktoś go rzucił! Jak ten kamień wysoko zaleci trafi i we właściwą osobę - pojawia się odpowiedź: - Czego tam na dole? Wtedy trzeba szybciutko powiedzieć - czego. I okienko się zamyka. W chmurkach pracują, są sobą bardzo, bardzo zajęci, a tu znowu kamień! I co dalej? - Cisza. No to na dole zaczyna się szum, lecą do góry następne kamienie. A co taki poleci, - zaraz spada i ktoś na dole dostaje w łeb. W końcu jednak stukot tych kamieni uzmysławia temu z okienka, że się nie wyśpi. - Czego? Mówiłem, zaczekać! Skoro się tak śpieszycie to od dziś zamiast gumofilców macie łazić w sandałach! Lżej wam będzie! Góra się odezwała, wysłuchała dołu, wypichciła nowe prawo. Ci z dołu rzucać kamieniami przestali, bo wszakże o rozmowę chodziło! O taką rozmowę chodziło? Czy tak ma się zachowywać Góra? Wiemy, wiemy, panie doktorze Krzysztofie, że Góra to nasi przyjaciele. Ale czemu oni tą przyjaźń w tak nietypowy sposób objawiają? Czemu leją nam na łby pomyje? Że takie prawo natury? Jak stoisz niżej, to masz nosić parasol? Czy jak jest źle, to koniecznie trzeba tymi kamieniami w niebo rzucać? Pan, doktorze twierdzi, że nie strajk, że wystarczy wolniej pracować. Przypomina mi się takie wydarzenie sprzed paru lat. Późną nocą Dziedzic przywiózł mnie do swojego dworku. - Patrz Włodek, zapomniałem kluczy! - Szukamy stogu? - Może tego unikniemy. Na górze śpi dozorca. Zapukamy. Pukanie w drzwi nic nie dało. Walenie też nie przyniosło rezultatów. - Może kamieniem w okno rzucę, co Stasiu? - Poczekaj! - dziedzic pobiegł do samochodu i wrócił z torebką cukierków. - Zawsze to będzie kulturalniej jak cukiereczkami w okno rzucimy. No i zaczęliśmy zawody. To jeden to drugi. Raz w ścianę, raz we framugę, czasami o parapet. Papierek absolutnie nie pomagał ani w rzucaniu, ani nie zapewniał właściwego odgłosu. Po kwadransie otworzyło się okno i chlusnęło na nasze szlachetne ciałka wiadereczko wody. - Kamieniami cholery rzucają! Czego świry po nocy spać ludziom nie dajecie? Pijusy sakramenckie! Cieć użył sobie na nas aż miło, pewnie do dziś z łezką w oku wspomina. A my tylko cukiereczkami rzucaliśmy… Wiadomo, gdyby tam na górze urzędował dziedzic, to na odgłos tłuczonej półcegłówką szyby wychyliłby się z pytaniem: - A któż to tak ładnie dzisiaj puka zamiast słoneczka? Dobrze, że wtedy to byłem z Dziedzicem, dozorca zaraz ze szmatą przyleciał… Mówią, że lepiej z mądrym stracić… Może to i dygresja, ale tak już jest. Czy grasz grzecznie, czy brutalnie - w sumie nie jest to takie ważne. Istotne jest kto uwagi przyjmuje i jak je zechce załatwić. "Przyjaciel" z tytułem głównego lekarza weterynarii - sprawę załatwił po swojemu. Czy to istotne, że niezgodnie z przepisami, interesem korporacji? On tak może, stać go! Myśmy, Doktorze początkowo sądzili, że nasz Główny to jest przyjacielem rzeźników i wędliniarzy, ale chyba to była taka przyjaźń w jedną stronę, wszak ci się go pozbyli, jak z Rosją nie wychodziło. Ale co nam zaszkodził - to wyłącznie jego satysfakcja! Widzę w artykule "Czas skończyć z antagonizmami", aspiracje wytrawnego historyka. Dziś wie Pan, kiedy należało puścić słonie, a kiedy pokazać pięty wrogowi. Ba, umie Pan nawet doradzić, jak dzielić pieniądze. A ja tak bym tak bardzo chciał zarobione swoimi rękoma pieniądze dzielić samodzielnie… Jedno mnie jednak cieszy. Wypracowane przez nas wnioski zapadły Panu głęboko do serca, ba utożsamia się Pan z nimi, jak ze swoimi… Coś osiągnęliśmy! A nic tak nie cieszy, jak ta jedna zabłąkana owieczka! Bardzo chętnie będę wymieniał z Panem poglądy! Niemniej, niech to będzie dyskusja próbująca coś nowego wnieść, a nie wyłącznie rekapitulacja tematów z posiedzenia Izby. Ponadto - proponuję prowadzić dyskusję za pomocą znacznie szybszego medium niż "Życie", a takim jest Forum na stronie: www.Medicusveterinarius.pl. Wtedy mówiąc "przyjaciel" - będziemy mogli ot, tak na bieżąco dodawać, że ewentualnie "były przyjaciel". Inna sprawa, że może bym wtedy Panu zacytował fragment piosenki z "Kabaretu pod Egidą" - leci to coś tak: "nikt mi przyjaciół nie będzie wybierał, a i wrogów poszukam sobie sam". Nie będę dociekał jak toczy się fortuna, bo ona wciąż jednaka i obojętna. Jestem jednak głęboko przerażony ogromem mojej nicości. Naszej nicości. Tyle walczyliśmy. Wotum nieufności, zgłoszenie do Rzecznika. A tu ot, ktoś za okienniczką paluszkami sobie prztyknął i po "przyjacielu"…

Włodzimierz Szczerbiak.

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.