Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

Jak zwykle doskonały tekst Włodka Szczerbiaka

2005/01/26 18:14:00


      Dobra, dobra! Sami mogliście pojechać, a nie – teraz pytacie jak było i co było!

     Zwyczajne, niedziela, jak niedziela, tyle, że raniej trzeba było wstać. O piątej! Przyzwoici ludzie, o tej porze w niedzielę to co najwyżej zmieniają bok w łóżku, no chyba, że świadczą jakowąś pańszczyznę dozwoloną ino dorosłym… Ale nic, pierwszy, bo pierwszy dzień takiej prawdziwszej zimy. Ciemno, jak u murzyna, zimno, jak ostatnio chyba w zeszłym roku. No i drogi pokryły się taką sympatyczną warstewką propoślizgową, że aż przyjemnie jechać, szczególnie w drugi koniec Polski. Ale słowo się rzekło – i dawaj w drogę najpierw do Ziucia. On jak zwykle zadecydował, że nie pozwoli żadnemu patałachowi prowadzić samochodu w taki ważny dzień, bo jak siedzi obok takiego, to krew go zalewa. Inna sprawa, że Ziutek ma najśmiglejszy samochód. Zwyczajnie – nie lubi półśrodków. Jak samochód to samochód, a jak jazda, to – co fabryka dała.

- Myślałem, że będę musiał na ciebie czekać, masz szczęście, że zdążyłeś na punkt szóstą! – nieco zrzędził wpuszczając mojego Fiata za bramę domu.
- A Olek o której czeka?
- Za pół godziny! Ale widzisz jaka droga? Licho wie, czy starczy nam czasu! Ruszamy!

     Zamknął bramkę i wsiedliśmy do samochodu, już wystawionego na ulicę. Chcieliście dokładnie – więc opowiadam dokładnie! Nie moja wina, że dzień zaczął się tak rano!
- O której wstałeś?
- O piątej.
- Ja nie śpię już od trzeciej, miałem poród. Żaden tam jakiś trudny, ale musiałem wstać, pojechać, ułożyć prawidłowo płód i pomóc go wyciągnąć. Wiesz, jak to jest, gdy taki jeden z drugim cwaniak ciągnie tylko za jedną nogę! Sprosił jeszcze trzech kumpli i od paru godzin majdrowali krowie koło ogona. Dobrze, że nic nie uszkodzili, ani tej nogi nie urwali!
- Wiem, a wody płodowe chociaż jeszcze jakieś zostały?
- Skąd, suchutka, jak pieprz!
- Czyli co? Podwinięta główka, a znaleźli tylko jedną nóżkę?
- Jak im to wszystko zepchnąłem do środka i ułożyłem poprawnie, to mimo braku wód – wyciągnęli momentalnie.
- Zawsze się potem dziwią, że to tak łatwo idzie. Przyjedziesz, zrobisz porządek, a oni mówią, że widocznie za szybko pociągnęli. Jakby poczekali jeszcze chwilę, im też by cielak sam wyskoczył, nie?
- Oczywiście! - Ziutek stale gmerał wajchą od biegów i deptał na zmianę pedały. Niby nizinna droga, bez specjalnych zakrętów, czy skrzyżowań, ale jak samochód grzeje niczym rumak, to kierowca musi się trochę nafatygować przy powożeniu.
- Podałem wapno, oxytocin, glukozę i zawołałem o sto złotych. Gościa omal nie zemdliło!
- ?
- Aż tyle? – pyta. – Myślisz, że za dużo zawołałem?
- O trzeciej, z soboty na niedzielę? A dojazd jaki?
- Trzydzieści kilometrów w obie strony.
- Dojazd, leki, uratowany cielak i krowa. A za usługę?
- No właśnie!
- Ech… - Obaj w milczeniu patrzyliśmy przed siebie. Rozorana halogenami czerń nocy, skrawek dnia wyrwany skostniałej ziemi. Zakręt, gaz, zmiana na czwarty bieg, gaz, redukcja, hamulec, następny zakręt.
- Czemu się nie ślizgamy? Masz ABS?
- Mam, ale na razie wolno jadę, żeby się przyzwyczaić do drogi.

     Gaz, piątka, szóstka, hamulec, trójka, zakręt.
- Też nie lubisz takiej szadzi na szosie?
- Jak cholera! Jeszcze się przez nią spóźnimy!
- Na którą mamy być u Olka?
- Szósta trzydzieści!
- To tu! Skręcaj! Jest szósta dwadzieścia, ale na szczęście w domu świecą światła! Przejedź reflektorami po oknach, zaraz pewnie wyjdzie!

     Ściana domu wyłoniła się z nocy niczym ogromny, rażący oczy księżyc. W jednym z pokoi dwukrotnie mignęło światło.
- Wstał, czekajmy. Przesuniemy tylko fotele do przodu, będzie miał więcej miejsca.

     Ziutek wyszedł otworzyć bagażnik, żeby Olek mógł schować palto, a przy okazji zapalił papierosa.
- Cześć! Co tak wcześnie przyjechaliście?
- Wcześnie? O pół do siódmej mieliśmy być!
- Właśnie! Pół do siódmej będzie za dziesięć minut!
- Wcześniej wyjechaliśmy, droga licha, to jedziemy ostrożne.
- Licha? Ślisko jak diabli! Jak o północy chowałem samochód, to mi tańczył po drodze! Możemy nie zdążyć, jak ta szadź się dłużej utrzyma!

     Spojrzeliśmy z Ziutkiem na siebie.
- Olek, pasy zapinasz?
- Z tyłu? Eee. Przy tych szybkościach co dziś da się rozwinąć?

     Ziutek uśmiechnął się zezując w moją stronę. Odesłałem mu lekki grymas.
- Ja to po takiej drodze jeżdżę bardzo szybko, wczoraj szybko się nie dało, a przy takich szybkościach jest sens zapinać pasy tylko na przednich siedzeniach.
- A masz w swoim poduszki powietrzne?
- Oczywiście!

Olek umościł się wygodnie, a Ziutek po chwili ponownie wpadł w rytm.
- Pasów nie zapinają tylko taksówkarze, ale mają specjalne pozwolenie. A z tyłu i tak nikt nie pilnuje. Jak nas złapią gliniarze, to sam zapłacę mandat!
- Oj, nie przesadzaj, może cię nie zauważą!

Zerkam na licznik i widzę, że wskazówka ponownie tańczy z prawej strony tarczy. Ziutek puszcza mi oko. Olek zaczyna się kręcić na tylnym siedzeniu.
- A jak dzisiaj droga? Dobrze się ci prowadzi?
- Normalnie, trochę zamarzło, ale idzie jeszcze jechać. – Ziutek spogląda w lusterko na wiercącego się Olka.
- Widziałeś w Internecie skan z nowego Dziennika Urzędowego? – pytam Olka.
- Nie, a na jakiej stronie?
- Izba zamieściła. Ustawa weszła siódmego, ale jeszcze nie wydrukowali w Dzienniku. Izba zamieściła informację prosto z Komisji.
- Nie, nie widziałem, bo oni zwykle są na tej stronie z tyłu za murzynami!
- Tak, ale właśnie się wykazali! Zamieścili plik PDF z fragmentem „ustawy czyszczącej”.
- Jaki fragment?
- Głównie o uwolnieniu szczepienia psów przeciwko wściekliźnie.
- I co tam piszą?
- Że Inspektoraty nie będą wyznaczać do szczepienia, i nie będą pobierać haraczu. Reszta bez zmian.
- A cena, wolna?
- Skąd! Pan minister naznaczy cenę maksymalną!
- Powariowali?
- A to ich nie znasz – Olku?
- Ziutek! Uważaj, zaraz masz zakręt!
- Widzę! Wolno skinął głową, ale błyskawicznie zredukował i nadepnął na hamulec, bezwładnościowe pasy nie zareagowały, najwidoczniej doskonale wyważone. Skoda momentalnie zwolniła do setki, ale już od połowy łuku, gdy przed szybą ustabilizowały się drzewa – przyspieszyła, żeby wejść na piątkę. Olek wcisnął się w siedzenie i tak, dla większej wygody złapał oburącz za uchwyt nad oknem.
- Kontaktowałeś się z kimś? Jak idą wybory?
- We Włocławku – dobrze! Nie wiem jak w bydgoskim. Na ogół przechodzą pół na pół, etatowi i nasi, może nawet z lekką przewagą na terenowców. Tak, jak w naszym powiecie – udaje się głównie w powiatach ziemskich. Powiaty grodzkie często mają przewagę etatowców. Dobrze, że więcej jest powiatów ziemskich. W dużych miastach lekarze zajmujący się psami często olewają sprawy. Zamiast zadbać o ochronę przyszłości patrzą tylko końca własnego nosa. Nic ich nie obchodzi Budżet i badania masowe. Ciekawe jak zareagują na uwolnienie szczepień psów!
- Tym akurat bym się specjalnie nie martwił. W miastach nie będzie to szczególnym problemem, bo u mnie szczepienie podczas akcji na ulicach to tylko dziesięć, dwadzieścia procent całości. Myślę, że inni mają podobnie. Jak to jest u ciebie, Ziuciu?
- Nie sprawdzałem. – niechętnie oderwał się od prowadzenia samochodu.
- Olek jak mam jechać po Tomka?
- Za Piotrkowem w lewo, znasz drogę?
- Znam, a da się przejechać?
- Jechałem tam miesiąc temu, było dobrze. Odwoziłem syna do Wrześni i po drodze zahaczyłem o Tomka.
- A jak myślisz, kto przejdzie w wyborach? Czy Winiecki wejdzie do Rady Krajowej?
- Myślę, że tak, prezesem pewnie już nie zostanie, ale w radzie się utrzyma jeszcze siłą rozpędu. Ważne, żeby wybrać dużo naszych, bo robota w terenie zaczyna się walić. Badania na gruźlicę po starych cenach, białaczka też.
- Ale numer zrobili z tymi bykami powyżej roku, że zwolnili je z badania na białaczkę, co?
- Dwadzieścia lat, albo i więcej nie łapali o co w tym chodzi! Może to i dobrze, ostatecznie tak dużo ich nie ma.

Samochód znowu ostrzej przyhamował. Usłyszeliśmy z tyłu szczęk zapinanego przez Olka pasa bezpieczeństwa.
- Może cukiereczka? – Ziutek całkiem jawnie puścił do mnie oko.
- Nie za ciasno ci tam z tyłu w tym pasie siedzieć?
- Nie, zupełnie dobrze! Zawsze zapinam pas, nawet jak siedzę z tyłu! Czuję się wtedy bardziej zespolony z samochodem!
- Aha! Jeszcze cukiereczka? Twarz Ziutka była nieomalże posągowa. Lekko drgał mu prawy kącik ust. – Weź Włodek, dobre, miętowe! Podaj też Olkowi. Odwróciłem się do tyłu, ale Olek miał obie ręce zajęte na uchwycie nad drzwiami.
- Dziękuję, może później!
- Zadzwoń może do Tomka, że podjedziemy pod dom, niech się wywleka z łóżka!
- Tomek! Wstałeś już?
- …
- Co wcześnie, kto to widział o tej porze w niedzielę spać?
- …
- No chyba, że robiłeś coś innego, pozdrów żonę! He, he, He!
- …
- Będziemy za dwadzieścia minut, co Ziutek?
- Za osiem.
- Za osiem! Kończ już, ubieraj się i przeproś żonę!
- Dobre, co chłopaki? – zgodnym chórem zarechotaliśmy.

Mimo, że minęła siódma na drodze ruchu zero, czasami jakiś samochód wlokący się czemuś niczym furmanka, ale natychmiast zjeżdżający na bok, gdy dostał z tyły światłami po lusterkach. Może nawet reagował nie tyle na te światła, co na szybkość z jaką się do niego zbliżaliśmy…
- Tomku, zapnij pasy, będzie ci wygodniej, ja zawsze je zapinam, niezależnie gdzie siedzę – przekazał swoje nowe credo Olek.

Tomek, człowiek spolegliwy, z niejednego pieca chleb jadł. Bez słowa umościł się w siedzeniu i kliknął pasem, jednocześnie wciskany przez siłę bezwładności.
- Ja już z Ziutkiem jeździłem. Wiem!
- Jak tam wybory?
- Słyszałem, że w Inowrocławiu zabrakło quorum. Trzeba jednak pilnować tego interesu. Obdzwoniłem trochę znajomych chłopaków. Mam wrażenie, że zaczyna wzrastać świadomość, że te bzdury z Izbą są jednak potrzebne.
- Tomku, doktor Bartosz Winiecki stale powtarza, że nadchodząca kadencja będzie trudna. Jest już projekt ustawy o wolnych zawodach, w którym ani słowa o weterynarii nie napisali!
- A czy to takie istotne jakim jesteśmy zawodem, Włodek? – zapytał Olek.
- Zawód wolny, albo regulowany, mówią też zawód zaufania społecznego to taki zawód, który ma możliwość samostanowienia. Zakłada się, że etyka postępowania w takim gronie ze względu na wysoką moralność jego członków jest tak skonstruowana, że mogą oni gwarantować na tyle wysoką jakość swoich usług, że nikt nie musi ich dodatkowo kontrolować. W związku z tym wolne zawody mają własne ustawodawstwo i sądownictwo.
- Filozofujesz! Zawsze miałeś takie ciągotki, nawet na studiach!
- Zgoda, ale czy lepiej, żeby o naszym zawodzie decydowali ludzie niezbyt orientujący się w temacie, czy lepiej, żebyśmy to robili sami? A sądownictwo? Kto lepiej zrozumie drugiego lekarza? Człowiek z ulicy, czy drugi lekarz weterynarii? Mieć wiedzę to jedno, a mieć praktykę to drugie. Zgadzacie się?
- Oczywiście! Samej wiedzy teoretycznej nie wystarczy, żeby zrozumieć postępowanie lekarza.
- Więc lepiej, żeby go osądzał drugi lekarz prawda?
- Przecież mamy własną Izbę, sąd.
- Tomku, możemy to stracić!
- E, Włodek, przesadzasz! Taka ustawa nie przejdzie!
- Przy tym rządzie? A co było z możliwością prowadzenia lecznic przez właścicieli ferm? Ubezwłasnowolnienie lekarza, który może w takiej lecznicy być „kierownikiem”, parawanem do decyzji właściciela. Oczywiście, może się trafić, że jakiś konkretny człowiek będzie nawet i lepszy od lekarza, ale myślę, że coraz mniej jest takich co dają sobie w kaszę dmuchać!
- A czemu się tak nagle za to zabrali?
- Podobno akces stania się „zawodem regulowanym” wyraziło 138 zawodów!
- Aż tyle?
- Nawet kominiarze!
- A ci czego?
- Właśnie na to powołuje się rząd, premier Hausner. Twierdzą, że mają badania OBOP-u, w których jest czarno na białym, że społeczeństwo ma dosyć wolnych zawodów i ich sobiepaństwa. Premier uważa, że weterynaria, architekci i inne dotychczas wolne zawody mogą być doskonale prowadzone przez instytucje rządowe.
- To kto by nas kontrolował i wydawał przepisy?
- Myślę, że rząd bez trudu sobie z tym poradzi jakimś dekretem. Zresztą instytucja do tego predysponowana już dawno istnieje…
- Mówisz o Inspektoracie?
- Tak, Tomku.
- Ale oni mają teraz mnóstwo lekarzy, którzy nigdy nie liznęli terenu!
- Zgadza się Olku!
- Cholera!

Mimo, że zaczęło się przejaśniać na drodze pojawiła się coraz grubsza warstwa szadzi. Wyraźne, a nieliczne ślady samochodów, które jechały przed nami nie na wiele poprawiły jakość nawierzchni.
- Jaką masz temperaturę za zewnątrz? – zapytałem.
- Teraz minus pięć i się cały czas utrzymuje. – odparł Ziutek.
- Nad ranem powinno być chłodniej, może być i mgła. – zauważył Olek.
- To o czym będzie ten zjazd w Namysłowie?
- Zaczną od spraw proceduralnych, sprawozdania, wybory. Najciekawsze, jak zawsze będą wolne wnioski. – wtrącił Tomek.
- Ciekawe, czy przyjedzie Jażdżewski – Ziutek cały czas skupiał się na drodze, bo przy próbach dyskusji szybkość spadała mu do marnych stu dwudziestu.
- Powinien przyjechać, jak dzwoniłem do Namysłowa, to powiedzieli, że przywiezie go Jakubowski z Izby warszawskiej.
- Co o nim wiecie? Ja go spotkałem w Olsztynie podczas studium podyplomowego i robił dobre wrażenie. Prawdziwy fachowiec, a i sympatyczny, można z nim porozmawiać.
- Owszem Olku, z tym, że teraz znajdzie się w nowej sytuacji, która ściśle zdeterminuje jego postępowanie. Ważne, żeby trzymał z nami, lekarzami a nie dał się omotać „lobbystom” z przemysłów mięsnych i innych. A to będzie trudne. On niestety nie zna terenu, byłem na spotkaniu z nim w Poznaniu, wypowiadał się bardzo nieśmiało, raczej robił wrażenie kogoś, kto się uczy o weterynarii, niż nią rządzi. Jednak najwyraźniej się to zmieni. Jak zabiera głos – to doskonale wie, co mówi! – zauważył Tomek.
- Słyszałem, że jest już projekt nowych umów dotyczących prac zleconych, podobno będą mogły być zawierane też z podmiotami gospodarczymi!
- Skąd wiesz Włodek?
- Andrzej Bończak mi mówił, że dostali taki fax z Warszawy.
- Ciekawe, kiedy ruszą ceny za badania masowe u bydła. Białaczka, bruceloza, tbc.
- Mają wejść badania całości pogłowia bydła na białaczkę. Pewnie więc cena nie ulegnie zmianom.
- Oj, gadasz Włodek. Muszą coś zmienić, choćby ze względu na VAT!
- Olek, rząd ma tyle ile ma, sami się nie wychylą! Będziesz pobierał krew po starych cenach?
- Ja każę to robić technikowi, sam nie mam czasu i szkoda mi go na takie coś!
- A ty, Ziutek?
- Nie mam czasu na takie głupoty. Jeżeli ktoś to zechce zrobić – mogę mu firmować, ale za tą cenę, długo nikogo nie znajdą.
- Tomek?
- To jest poniżej kosztów. Chyba, że znajdą sposób aby nas zmusić.
- Latem wybory. Zmieni się rząd. Nowy, nawet, gdy będzie nam niesamowicie przychylny – będzie jechał na budżecie starego, Włodek.
- Właśnie po to jedziemy do Namysłowa.
- A co myślisz, że coś załatwimy?
- To jest zebranie sprawozdawczo – wyborcze. Nic nie będziemy załatwiać. Poznamy faceta, jego poglądy, zobaczymy jak gada. Dopiero później podejmiemy decyzje.
- Bo ja myślę, że nic nie załatwimy!

Na wschodzie poczerwieniały chmury. Oświetlone pod ostrym kątem z dołu, przez słońce wciąż jeszcze schowane za horyzontem, sprawiały wrażenie wzburzonego morza, odwróconego do góry nogami . Gdzieś w dole, pod nimi stopniowo wyłaniały się z mroku coraz mniej czarne pola i rozdzielające je miedze. Przydrożne drzewa migały za szybami niczym sztachety w parkanie.
- Szkoda, że śnieg nie spadł! Biała ziemia, oszronione drzewa, a do tego jeszcze czerwone chmury to by było piękne, co?
- Olek, na starość zbiera ci się na sentymenty? Wymiękasz?
- To nie są sentymenty, że potrafię docenić piękno natury. Ziutek, ty lepiej patrz na drogę, a nie na widoki! Chociaż, kto wie, jak człowiek był młodszy, to jakoś nie było czasu na przyglądanie się takim rzeczom, a teraz…
- Od kiedy zacząłem nosić okulary też zwracam więcej uwagi na takie rzeczy – wtrącił Tomek.
- A ja nie mogłem pogodzić się z noszeniem okularów, tak mnie wkurzały, a bez nich nie dawało się czytać. Długo się przyzwyczajałem. A ty, Ziutek?
- Nie noszę okularów.
- A tam, widzicie ten czarny słup bijący z ziemi aż w chmury? Pewnie zbliżamy się do Konina! Elektrownia miała zostać zamknięta, a wciąż dymi – wróciłem do tematyki krajobrazowej.
- Odkryli dwa nowe, duże złoża, a ponadto jakieś koneksje polityczne powodują, że jest ciągle czynna. Wiele jezior wokół powysychało, a przynajmniej poważnie opadły ich lustra. Mimo zasypywania wyrobisk natura srogo dostaje popalić od przemysłu – Tomek pochodzi z tych okolic i zna takie szczegóły.
- Trochę potrwa zanim przebijemy się przez miasto.
- Stary Konin nie jest duży, to kopalnia spowodowała trudności w omijaniu centrum.

Nagle samochód ostro zahamował, łukiem wyminął starą Dacię, która z lewej strony wtargnęła nam na drogę. Głośny klakson dopełnił obrazu sytuacji.
- Przepraszam, palant sam mi wjechał pod koła! Jedzie jak furmanka a jeszcze wymusza pierwszeństwo! – złorzeczył kierowca wyprzedzając zawalidrogę mimo podwójnej linii na szosie.
- Dobrze, że teraz przynajmniej drogi są znośne. Ale kiedyś w tych okolicach skasowałem Poloneza co wyjechał z bocznej drogi. Miał zamarznięte szyby, kierowca nic nie widział i wpakował mi się pod koła.
- I jak się to skończyło Tomku?
- Adwokatowi udało się udowodnić, że facet wsiadł do samochodu i rozpoczął jazdę praktycznie nic nie widząc. Kikował przez otwarte okienko, ale mnie nie widział, ruszył i wpakował się mi pod koła. Odleżałem swoje w szpitalu, on zresztą też! A jaką twój samochód ma moc? Przyśpieszasz, że wciska w siedzenie. Mój z sześćdziesięcioma końmi tak nie potrafi. Pewnie coś ponad setkę?
- Z ogonkiem, z ogonkiem – grzecznie odpowiedział Ziutek.
- Aha… Pewnie będziemy przed czasem, może się gdzieś zatrzymamy? Znam wspaniałą restaurację przy drodze – zaproponował Tomek.
- Będzie czynna dopiero od dziesiątej. Nie będziemy czekać – zaoponował nasz kierowca wciskając szóstkę na prostszym odcinku drogi.
- Skąd wiesz o jakiej restauracji mówię?
- W Antoninie, ten dworek myśliwski! Nasi tam zawsze zajeżdżają!
- Mają tam wspaniałe wnętrze, prawda?
- A i można sobie zjeść bez większego tłoku.
- Wracają chyba te czasy, kiedy organizowaliśmy od zera weterynarię na początku dziewięćdziesiątych lat, jak sądzisz Tomku?
- Puściliśmy samorząd samopas żeby zająć się lecznicami i zaczęło to nam wychodzić bokiem. Coraz więcej ludzi to widzi i może się uda ich skrzyknąć. Bo Olek, wiara pozamykała się w swoich lecznicach i myśli, że jak będą dobrzy zawodowo i rentowni – to wystarczy. A okazuje się, że nie! Konieczne są wspólne działania, inaczej nas zjedzą!
- A wiecie, że w dwa tysiące trzynastym stracimy apteki?
- Gadasz, Ziutek!
- Ustawa farmaceutyczna przewiduje przejęcie leków przez farmaceutów.
- To będziemy pisać recepty i latać za każdym bzdetem do apteki?
- Na to wygląda.
- Ale to niekorzystne nawet ze społecznego punktu widzenia! Będzie marża hurtowniana, apteczna i jeszcze nasza!
- A kogo to obchodzi? Farmaceutów? – wzruszył ramionami Ziutek.
- Ale dokopał naszym urząd antymonopolowy za próby ustalenia cen minimalnych, co?
- Można to załatwić inaczej. Wystarczy nadać lekom ceny detaliczne, powiedzmy o czterdzieści procent wyższe, niż w hurtowniach i sprzedawać do lecznic z odpowiednim upustem. Wtedy można będzie sobie nawet darować pieniądze za usługi. Chcesz? Kupuj w lecznicy, a chcesz, dostaniesz za tą samą cenę, jak przyjadę do zagrody. No, może z dojazdem, co chłopaki? – zaproponował Olek.
- Znajdą się tacy, co zaczną dawać upusty!
- Wiem coś na ten temat! Ja sprzedaję leki z prawidłową marżą, a Marek, w lecznicy obok zrobił sobie hurtownię dla rolników. Ma taki obrót, że przebija moją marżę. W teren wcale nie musi jeździć, bo pilnuje półek!

Ziutek aż przyhamował. – Do mnie często przychodzą pytać jak stosować te leki z hurtowni, odpowiadam, że nie wiem. Niech się wypytają w hurtowni. Ale jak już mnie zawoła taki klient, to mam używanie!
- I ponownie go tracisz!
- A ty, Włodek myślisz, że tak bym go nie stracił? Jak chłop zasmakuje doktorstwa, to robi się mądrzejszy od ciebie!
- Najgorsze, że nic nie umiemy z tym zrobić! Kontrole – odchodzą z niczym. Upomnienia, perswazje budzą czysty śmiech!
- Walczyliśmy o uniemożliwienie technikom prowadzenia własnych lecznic. I udało się nam ustawić sprawę prawidłowo. Teraz wiadomo, że technik może pracować jedynie pod nadzorem lekarza. Najwyższy czas zająć się tymi „hurtowniami”!
- I sądzisz Tomek, że zrobi to Bartek? On ma inne zmartwienia. Zabagnił nam już tyle spraw, że najwyższy czas pozwolić mu odetchnąć!
- Prawda, Olku! Sam na spotkaniach mówi, że ten, to tamten nie chce z nim rozmawiać! Mam wrażenie, że normalnie postrzegany człowiek nie jest tak wyalienowany, jak on. Nie jest to wcale spowodowane żądaniami jakie wysuwał w naszym imieniu. Robił to niezwykle ostrożnie. Najwyraźniej gościa nie trawią!
- Latem będą wybory do Parlamentu, Izby, zmieni się rząd. Czy to coś da?
- Ziuciu, czemu tak kręcisz głową?
- A myślisz Olek, że nastąpi rewolucja?
- Na pewno się coś zmieni!
- Ja, Olku myślę, że nowy rząd zostanie w starym Hausnerowskim portfelu. Nie zaszaleje. Nasza Inspekcja – też się nie wychyli. Izba? Izba do wyborów będzie milczała, bo Prezes twierdzi, że nic już się zrobić nie da. A po wyborach? Zobaczymy kogo wybierzemy! Jeżeli wejdą terenowcy, i popracują – mogą sporo naprawić. Jeżeli zaś przewagę uzyskają etatowcy – nic się nie zmieni! Są pracownikami, muszą wykonywać polecenia. Mogą walczyć jedynie o wysokość pensji.
- Zapowiadana jest Unijna regulacja wynagrodzeń i cen usług urzędowych, ale dopiero na następny rok – słyszałeś o tym, Włodek?
- Tak. Ale wrócę do tematu. My nie mamy pensji, co zarobimy to nasze po odliczeniu kosztów oczywiście. Lekarze pracujący na etatach mają zabezpieczone śniadanka i obiadki. Nie muszą szukać zajęcia, żeby zarobić na chlebek! Zobacz jak dokładnie oglądają możliwości zatrudnienia lekarzy do badania mięsa! Czy taki się nie przemęczy, czy zdąży wszystkich objechać. A i pieniążków za tą robotę starczy na bieda-pensję, a gdzie urlopy, zwolnienia chorobowe? Gdyby to był etat płatny z budżetu, to inna sprawa. Połowa zmartwień odpada, płaci podatnik!
- Pewnie Włodek masz rację. Najbardziej się jednak boję, żeby w Radzie nie znaleźli się tacy terenowcy, którym wystarczy sam splendor. Rada musi pracować, nowy prezes też!
- A jest jeszcze jedna rzecz – zatrudnij w gminie lekarza bez mieszkania, samochodu. Kto teraz chce ciężko pracować? Weterynarię kończą prawie same dziewczyny i szukają pracy w Niemczech, jako sekretarki weterynaryjne. Stanąć na taśmie? Za jakie grzechy?
- Może więc my staniemy na śniadanie przy tej stacji paliwowej, Do Kępna niedaleko, a warto coś wrzucić na ruszt!
- Brawo Tomek! Śniadanka nie zdążyłeś zjeść, co? Za długo się wylegiwałeś! Dobrze ci przynajmniej było? Co w takim razie wrzucałeś rano na ruszt?

Do Namysłowa przyjechaliśmy godzinę przed czasem. Wkurzałem się na pisownię nazwy ulicy, gdzie zostało wyznaczone spotkanie. Podobnie pewnie jak i Ty Kaziu. Sądziłem, że to plama! W zaproszeniu – komitet organizacyjny napisał, że „na ulicy Duboisa”. Pułkownik Dubois pewnie w grobie się obracał, bo jedynym w miarę prawidłowym sposobem napisania „po polsku” tego francuskiego nazwiska jest wersja „przy ulicy Dubois’a”, lub zwyczajnie – „przy ulicy Dubois”. Uspokoiły mnie władze miejskie Namysłowa. Tabliczki na domach – głoszą: ul. Duboisa!
Jeszcze dziś pamiętam, jak po maturze, z dwoma przyjaciółmi, lekko wstawieni okupowaliśmy ławkę na Placu Wolności we Włocławku. Podeszli dwaj milicjanci i jako, że godzina była na pograniczu wczoraj i jutra – wylegitymowali nas.
- Adres?
- [ dibu’a czterdzieści ]
- Co?
- Dubois, Duboisa panie władzo!
- A ty?
- [ Szopena. Chopina, panie władzo! ]

Namysłów to miasteczko maleńkie, ale sympatyczne, takie jak te w których i my mieszkamy. Część domów pomalowana, część z obłażącą farbą. Jest sklepik na dole – front odnowiony. Sklepik splajtował – tynk się sypie. Kosze na śmieci wyłożone plastikowymi woreczkami. Sprawdziłem to dokładnie wypróżniając kieszenie z chusteczek do nosa…
Sala zebrań wysoka, pełna stołów i krzeseł, za których ustawianie zabraliśmy się jako jedni z pierwszych gości. Przyjechała też firma gastronomiczna z kanapkami, ciastkami a nawet bigosem, gulaszem, flakami. Przyjemna taka firma. Tyle roboty mniej. A najfajniejsza była jedna z kelnereczek. Schludna, co chwila uśmiechała się, zapobiegliwością i staraniami robiła wrażenie żony kogoś z naszych. Ech, zgiń, przepadnij! Nie te czasy! Teraz jest zebranie!
Zebranie jak to zebranie. Zaczęło się punktualnie, sala nabita po brzegi, niektórzy nawet siedzieli w kucki na ławeczkach pod oknami. Na początku załatwiliśmy sprawozdawczość i wybory. Później zaczęła się dyskusja. Z Warszawy przyjechał doktor Jażdżewski w towarzystwie pani Dyrektor Marii Boratyn-Laudańskiej z Departamentu Bezpieczeństwa Żywności i Weterynrii. Bezpieczeństwo weterynarii (sic!) Przywieźli ich chłopaki z Warszawskiej Izby Tadziu Jakubowski i Marek Mastalerek.
Mieli przez drogę pociągnąć za języki, ale najwyraźniej udało się im dowiedzieć tego samego, co i nam zostało przekazane. Nasz Lekarz Główny na stanowisku jest od niedawna, ale mimo, że jest higienistą i to od jakiegoś czasu pracującym w GIW-ecie – miał wyrobione zdanie o naszych bolączkach. Pani Dyrektor Laudańska, wspomagała wypowiedzi doktora Jażdżewskiego, jako osoba lepiej zorientowana w aktualnej polityce Departamentu. Z wypowiedzi przedstawicieli Ministerstwa wynika, że zarówno bezpieczeństwo żywności, jak i weterynarii są po jednych pieniądzach. Jak nie uratują się samodzielnie – Ministerstwo nic nie pomoże. Obecnie problemem jest dzielenie skóry na niedźwiedziu, jakim będzie ujednolicenie standardów finansowych w przyszłym roku. Dziś – ratuj się kto może, za rok ma być lepiej!
Pogadaliśmy, napatrzyliśmy się na nowego Głównego. Czy dowiedzieliśmy się nowych rzeczy? Nie. Tymczasem w bezpieczeństwie żywności i weterynarii zostanie po staremu. Jak wkroczy Unia – zobaczymy, na razie na ten temat czeski film. Może właśnie dlatego warto ruszyć do boju? Poukładać sprawy po naszemu? Bo czy Unia załatwi wszystko po naszej myśli? Jak za monitoring i badanie mięsa zaczną płacić w euro? A może łeb w łeb za każdą złotóweczkę jedno euro? Aż tak klawo to pewnie nie będzie, ale co wtedy stanie się z leczeniem zwierząt gospodarskich? Sie zobaczy, abyśmy tylko zdrowi byli…
Nowy wygląda w porządku. Grzeczny, pierwszy mówi dzień dobry, rączkę chętnie podaje. Ogólne wrażenie jak najlepsze. Ba nawet sam targał paltko przez całą salę do wieszaka, bo jakoś nikt nie poczuł się do roli szatniarza. A i w kolejce po zupę z przedżołądków wytrwale stał rozmawiając na wszelkie nadarzające się tematy. Swój chłop! Nawet Marek Mastalerek, (jak to z Warszawki) pochwalił go z ambony, że dotychczasowi lekarze obiecywali dbać o rolników, rolnictwo, świnie, mleko, kury, kanarki, a nawet myszki laboratoryjne, a doktor Jażdżewski wpadł na to, żeby powiedzieć, że chce dbać o lekarzy weterynarii. Inna sprawa, że poprzednicy pewnie wykorzystali wszystkie obiekty warte dbania, a Nowy lubi wnieść własną myśl… Hmm, gdybym miał jakiekolwiek wątpliwości co do jego klasy – nie pisałbym sobie tak śmiało…

- Co z tego wyniknie? Będzie lepiej, Włodek? – Ziutek aż prosił się o odpowiedź, że dobrze to już było.
- Nie spekuluj, tylko jedź, bo lasku nie widać, a najwyższy czas pozbyć się zebraniowej kawy. Swoją drogą, to Jażdżewski jest w dosyć dobrej sytuacji wyjściowej, bo teraz może być tylko lepiej!
- Najlepszy to był chyba Piotrek Kuś, z podkarpackiego, jak porównał opłatę za pobranie łyżeczką próbki miodu ze słoika i próbki krwi od buhaja. Ile to było? 21 złotych na 2,50?
- Oj tak, dobrze, że przyniósł ten cennik z gazetą. Widzieliście, jak Ministrowie zaczęli notować? – potaknął Olek.
- Po mojemu to chcą miodziarzom uciąć… Nadaliśmy im tylko temat.
- Czemu tak gonisz? Zwolnij! – zaprotestował Olek.
- Muszę, bo Włodek powiedział, że zasika mi fotel!
- On chyba z piąty raz sika! Może ma prostatę, co?
- Zaśby! Jakbym miał prostatę, to bym sobie zbierał do woreczka, po kropelce, nawet byś nie zauważył!
- A PSA sobie robiłeś?
- Psa?
- Pe Es A! Test na prostatę!
- Nie, ale powiększona prostata objawia się parciem na mocz, skąpomoczem, a także bardzo często krwiomoczem. U psów połowa przypadków krwiomoczu jest wywołana przerostem gruczołu.
- Na psach się nie znam, ale jak przekroczysz kreskę to powinieneś zrobić sobie badanie!
- A ty robiłeś?
- Oczywiście!
- A ty?
- Aha.
- Ty też?
- Yhym.
- Ale jesteście cykory!
- To nie wiesz, że mężczyzna jest delikatniejszy od kobiety, szczególnie psychicznie? A skąd się bierze impotencja, zawały, wrzody, poeci? To męskie choroby płynące z wrodzonej delikatności! My tylko wyglądamy na takich kozaków, a tak w rzeczywistości jesteśmy nader misternej konstrukcji!
- Brawo Tomek! Ty to umiesz podnieść poprzeczkę!
- Należy nam się!
- Czy zauważyliście, że na spotkaniu byli prawie wyłącznie lekarze ze sporym doświadczeniem terenowym? Młodziaków tylko kilku, także tylko trzy dziewczyny. Brak zainteresowania ze strony nowych sił weterynaryjnych. Jak to rozumieć? Masz jakiś pomysł Olek?
- Też masz problemy Włodek! Zwyczajnie – kobiety i młodzi lekarze albo pracują w miastach, albo jadą za granicę.
- To się zgadza, ale czemu? Może jako Izba nadmiernie utrudniliśmy młodym start?
- Zgadzam się z tobą Tomku, ale zastanawiam się nad wnioskami, jakie mogli z dzisiejszego spotkania wyciągnąć ministerialni goście.
- Co sobie myśleli, to sobie myśleli, ważne żeby widzieli naszą siłę i determinację. – obruszył się Olek.
- Ja sądzę, że w naszą siłę nikt w ministerstwie nie wierzy. Owszem obchodzą się z nami jak ze zgniłym jajkiem, ale i manipulują, jak mogą. Co uzyskaliśmy „strajkiem”? Zmianę przepisów? Złych na złe, a może i gorsze? Fakt, że reakcja była natychmiastowa, nie tak jak w wypadku papierowych protestów Izby, na które nikt nie raczy miesiącami odpowiedzieć. Tamten zryw powiedział ludziom z departamentu także to, że nie jesteśmy dostatecznie skonsolidowani.
- Włodek, oczywiście że musimy się mocniej skonsolidować, dać więcej terenowców do Izby!
- Ale Olku z dzisiejszego spotkania wywnioskowałem, że nasz departament będzie wiódł z nami czysto ekonomiczne zagrywki. Ile pauperyzacji wytrzymamy, tyle dostaniemy. I ekonomicznie i prawnie. Stowarzyszenie jest dla ministerstwa swego rodzaju papierkiem lakmusowym. Izba nie, bo jest za spokojna, stateczna, złożona w dużej mierze z etatowców, którzy wiedzą gdzie ich miejsce, a Stowarzyszenie to „dziki lud”, na który trzeba mieć oko, żeby nie przegiąć.
- Jażdżewski obiecywał, że nie zatrudni młodych na te dwa tysiące etatów, o ile go do tego nie zmusimy. „Nie chcem, ale muszem”.
- Ciekawostka przyrodnicza jest, czy te etaty w ogóle dostał z dna dziury budżetowej. Następny punkt, to czy szczawie podejmą się badania mięsa na etacie. Myślałem o rzuceniu rzeźni, proponowałem kilku osobom, żeby zastąpili mnie i co? Wolą klepać starą biedę niż zbierać „kokosy”, jakie mi wypominali. A mieszkanie skąd? Samochód? Urlop? Nie tak hop! Kiedyś się mówiło, że „nie polezie orzeł w gówna”. Wyrosła kasta, co w życiu nie powie – „pecunia non olet”.
- Nie będę się wypowiadał, Włodek nie znam się na tym. Myślę, że w wielu powiatach taki cios byłby trudny do strawienia przez chłopaków. Niektórzy z nas może by się zdecydowali na przejście na garnuszek państwowy…
- Desperaci Olku zawsze się znajdą. Niemniej tym sposobem ministerstwo by osłabiło sobie bazę terenowców dających się zmusić do badań monitoringowych. Czy będziesz jesienią pobierał krew na białaczkę?
- Poślę technika po godzinach.
- Za złoty pięćdziesiąt? Pojedzie?
- Zmuszę go!
- Mobbing!
- I co z tego? Zresztą, jak nie będzie chciał, to jego sprawa. Najwyżej nie wezmę tego zlecenia.
- Olek! To będzie zlecenie zintegrowane z wiosenną akcją, która jest też na pograniczu opłacalności, ale którą raczej zrobimy, jak tylko przyjdą nowe cenniki.
- Skończcie z tym mieszaniem! Zobaczymy co się stanie. I my i Inspektorat przyjrzeliśmy się sobie, ale jeszcze nie zajęliśmy stanowisk. Wszystko może się zmienić. Pamiętacie, jak Dżordż podczas wyborów okręgowych przejechał się po stowarzyszeniu, że gówniarzeria, nie umieją nic zorganizować i tak dalej, aż Winieckiemu na twarz wyszedł błogi uśmiech?
- Ziutek, ciosem poniżej pasa był nie jego tekst, z tym paszkwilem by się i dało dyskutować. Ale drań nagadał i natychmiast dał nogę z zebrania. To tak jakbyś kogoś ochlapał błotem i odjechał wesoło pogwizdując. Kazik nie czuje weterynarii zajmuje się wyłącznie kurnikami w Kurnikowie i całą resztę ma tam gdzie i słońce!
- Wiecie, byłem z nim na sympozjum drobiarskim. Ja i Heniek spaliśmy w jednym pokoju, a Dżordż przyjechał z Gosią, swoją pracodawczynią. Zameldowali się jako małżeństwo i dobrze. Nie ingerowałem, są dorośli, ich sprawa. Ale w środku nocy drań przyszedł do naszego pokoju i ściągnął ze mnie i z Henryka po jednym kocu, zestawił sobie fotele i zasnął. Rano spotkaliśmy się dopiero na wykładach. Zapytałem:
- Jak to tak? Przychodzisz w nocy ani be, ani me?
- Wiesz, ja mogę wytrzymać jeden numerek dziennie, ale po czwartym padłem i musiałem wiać z pokoju!
- Tak, zgadza się. W Kurnikowie panuje stały rytuał, co rano Gosia, jeszcze w szlafroku zasuwa do Drożdża ze śniadankiem. Jedzą dobrą godzinę. Pracownicy doskonale wiedzą, że nie wolno im wtedy przeszkadzać!
- Gosia jest bardzo ładna, ale niech się tylko odezwie, zaraz słychać to jej wykształcenie klasy 7,0! Prawda?
- Nie ma więc czego zazdrościć Drożdżowi, jest dokładnie jej wart!

Pięć minut przed nadejściem poniedziałku pojechałem na cesarkę do krówki. Właściciel nie poradził sobie z cielakiem, dał szansę lekarzowi, niech się wykaże… Udało mi się tą szansę wykorzystać, o drugiej byłem w domu, ale zasnąłem dopiero przed piątą. Oj długa była ta wycieczka do Namysłowa…
Spotkajmy się Kaziu w Wieliczce, może i Baśka przyjedzie, podobno jest już zdrowsza. Damy czadu!

WS

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.